Witaj ponownie na moim blogu! Zawsze jesteś tutaj mile widziana/y. Pamiętaj, że nigdy nie jesteś sam/a. Na ścieżce rozwoju duchowego zawsze masz cudownego przewodnika, który jest w Tobie. Jeżeli nie czytałaś/eś poprzednich dwóch wpisów, a szczególnie ostatniego, a chcesz mieć pełniejszy obraz jak doszło do mojego drugiego przełomu duchowego to wejdź najpierw tutaj.

Podczas, gdy już mieszkaliśmy w Hiszpanii, w maju 2018 roku postanowiłem pojechać na 3 tygodnie na turnieje do Ugandy. Ponownie nie układało się nam dobrze z Karoliną. Po raz kolejny Karolina musiała zostać sama z dziećmi, a w Hiszpanii byliśmy zdani praktycznie sami na siebie, bo nie mieliśmy nikogo z rodziny do pomocy. Tak wybraliśmy. Jednak wyjazd na 3 tygodnie w dosyć niebezpieczne miejsce jakim jest Uganda nie mógł być mile widziany przez Karolinę.

Leciałem pięknym samolotem liniami Emirates z Doha do Kampali – stolicy Ugandy i oglądałem jeden z filmów romantycznych na pokładzie samolotu. Nawet nie wiem czemu akurat taki film wybrałem. Zazwyczaj wolę oglądać coś co mnie rozwija i poszerza mój poziom świadomości. Pamiętam jak oglądałem ten film i bardzo mocno wzruszyłem się (jak na mężczyznę jestem bardzo wrażliwy, w poprzednim wcieleniu pewnie byłem kobietą albo moja dusza o kobiecej energii dostała męskie ciało – trzeba będzie jeszcze do tego dojść), ponieważ wiedziałem już, że Karolina definitywnie nie będzie chciała, żebyśmy byli razem po moim powrocie. Można powiedzieć, że powtórka z historii. Czasem pewne sytuacje wracają do nas jak taki boomerang, jeżeli raz na zawsze z daną sytuacją nie rozprawimy się i jej dogłębnie nie przerobimy. Uwalniałem sobie te emocje i ponownie jak przy pierwszym przebudzeniu pojawiło się spore cierpienie. Nie mogłem jednak zbyt wiele z tym zrobić, bo byłem w drodze na turnieje. Musiałem wziąć się w garść. Liczyłem, że zrobię dobre wyniki w turniejach i będę bardziej zadowolony z siebie (iluzja), a później jakoś to będzie… Ponownie szczęścia szukałem gdzieś w przyszłości, zamiast znaleźć je w tu i teraz, w sobie, poszukać je w swojej duszy i w swoim sercu. Szczęście wbrew całej iluzji jest już w nas. Kwestia czy do niego dochodzimy poprzez poznanie i czucie siebie.

Na turniejach w Ugandzie zagrałem bardzo słabo. Warunki do gry były bardzo trudne. Upały, granie na sporej wysokości nad poziomem morza, bardzo słabe jedzenie, komary, wcześniej żeby móc wyjechać musiałem się też zaszczepić (dzisiaj już nigdy tego bym nie zrobił, poza tym nie szczepimy własnych dzieci) itd. itp. Po pierwszym turnieju pojawiło się kolejne rozczarowanie i cierpienie, kiedy nie osiągnąłem tego, co chciałem i zaczynałem mieć wątpliwości co do mojego trzy tygodniowego pobytu w centralnej Afryce. Powiedziałem sobie, że jak w drugim turnieju nie ugram czegoś konkretnego i nie dojdę co najmniej do ćwierćfinału, to nie będę czekał na trzeci turniej.

W między czasie pomiędzy turniejami miałem kilka dni przerwy od grania. Zobaczyłem trochę Ugandę. Panowała tam niesamowita bieda, chociaż i tak Kampala uważana jest za bezpieczne miasto i wcale nie takie biedne. Dzieci na ulicach, smród, brud, wojskowi z karabinami, bardzo mało białych ludzi. Trochę to mnie przytłoczyło i ponownie zacząłem doceniać i być wdzięcznym za to jak dobrze mam w życiu i jak uprzywilejowany jestem. To mną wstrząsnęło (na pewno będziemy chcieli któregoś razu zabrać nasze dzieci w takie miejsce, żeby złapali trochę inną perspektywę). Moje problemy okazały się takie małe, kiedy widziałem dzieci na ulicach, które wbrew pozorom wydawały się na szczęśliwe. Po prostu nie miały szerszego obrazu i nie wiedziały jak ich życie może wyglądać. Cieszyły się z tego, co miały. Cieszyły się tak naprawdę z własnego Istnienia. Nie potrzebowały niczego do szczęścia, bo szczęście miały w sobie. Tego możemy zawsze uczyć się od dzieci. Tej bezwarunkowej miłości, radości z istnienia, spontaniczności, luzu i swobody w działaniu. Możemy podziwiać jaki niesamowity kontakt mają z własną duszą, co jest dla nich kompletnie naturalne. My jako rodzice powinniśmy pokazać dzieciom, żeby ciągle pielęgnować ten kontakt z własną duszą, ale nie jest to takie proste, jeżeli rodzice sami tego kontaktu z duszą nie mają i tylko wspominają jak byli dziećmi i jakie życie było beztroskie, kompletnie nie pracując nad tym, żeby dalej pielęgnować to dziecko w sobie, a właściwie kontakt z duszą i działanie zgodnie z nią. Życie dalej może być beztroskie nawet jak jesteś dorosły. Takie życie zresztą miało być. Wszyscy na tej planecie mieli żyć w spokoju, harmonii, dobrobycie, w kontakcie z naturą, wolni od przemocy, wojen, kataklizmów itd. Człowiek sam zgotował sobie taki los. Bóg/Światłość/Energia/Świadomość chciała, że na Ziemi był raj, ale człowiek w związku z tym, że ma wolną wolę zaczął bardzo błądzić.

Przez wiele dni byłem sam w pokoju i miałem dużo czasu na czytanie, medytowanie, rozmyślanie, układanie sobie wszystkiego w głowie oraz przede wszystkim na odczuwanie tego, co pojawia się we mnie. Co czuję w sercu. Ponownie miałem ze sobą książkę „Potęga Teraźniejszości” Eckharta Tolle (kto jeszcze nie czytał, to już wie co zrobić) i ponownie zacząłem ją czytać. Pomyślałem sobie, że skoro przy moim pierwszym przebudzeniu tak mi pomogła, to i teraz mi pomoże. Czytałem ją tym razem już z innego poziomu świadomości i zacząłem dostrzegać inne rzeczy. Ponownie zacząłem praktykować, to co w niej się znajdywało i ponownie poczułem przypływ bezwarunkowej miłości do wszystkich i wszystkiego. Połączyło mi się to z miejscem, w którym znajdywałem się. Uświadomiłem sobie, że moja kariera tenisowa, to tylko niepotrzebna gonitwa za moim ego. Jak się okazało bardzo potrzebna i nie żałuję niczego, a wręcz jestem wdzięczny za te wszystkie tenisowe doświadczenia i nie tylko. Kariera tenisowa jednak jak już zostałem tatą, nie była zgodna z moją duszą. Zacząłem zadawać sobie pytania: co robi niespełna 31 letni mężczyzna mający żonę i dwójkę małych dzieci grając turnieje w Ugandzie za które nie zarobi praktycznie ani grosza? Po co to wszystko? Jaki to wszystko ma sens? Dlaczego to mnie spotyka? Mówiłem sobie, że mam tego wszystkiego dość. Już mam dosyć gonitwy. Chce zacząć żyć zgodnie ze sobą, ale kim ja właściwie jestem? Jaki jest sens mojego istnienia? Dlaczego znalazłem się na tym świecie? Po co? Oczywiście to był czas ponownego rozklejenia się i poddania. Dzisiaj jestem mega wdzięczny za ten czas, bo ponownie poszerzył moją świadomość. Nie cofnąłbym czasu. To był początek mojego drugiego duchowego przełomu. Miałem przestrzeń na uwalnianie emocji i miałem na to wszystko czas. Turnieje jak się później okazało często były dla mnie swojego rodzaju terapią, gdzie miałem czas na książki, autoterapię, medytację i ogólnie pracę nad sobą. W między czasie rozmawiałem z Karoliną, ale ona mi już nie wierzyła, że dojdzie do jakiejkolwiek zmiany i że przestanę grać w tenisa i zajmę się rodziną. Straciła nadzieję. Ja jednak jej nie traciłem. Wierzyłem, że mając w sobie tyle bezwarunkowej miłości uda mi się jeszcze Karolinę zatrzymać.

Z Ugandy wróciłem po 2 tygodniach, bo w drugim turnieju zagrałem jeszcze gorzej niż w pierwszym. Ciężko się gra, kiedy nie masz „wolnej głowy” i nie masz wewnętrznego spokoju i kiedy nie potrafisz skupić się tylko na tym, co właśnie robisz. Po powrocie oczywiście robiłem wszystko. Wyznawałem Karolinie miłość i że zrobię wszystko, że tylko jej nie stracić. Później się okazało, że to taka bezwarunkowa miłość nie była, bo jednak tak bardzo chciałem Karolinę zatrzymać, że aż to nie miało nic wspólnego z miłością. Powiedziałem, że podjąłem decyzję i już nie będę grał w tenisa, ale to nic nie dało. Karolina też już podjęła swoją decyzję wcześniej ode mnie, że to koniec. I tutaj zaczął się najtrudniejszy etap w moim dotychczasowym życiu, ale zarazem najbardziej zbawienny, o którym przeczytasz w kolejnym wpisie.

Leave a Comment