Wpis ten jest kontynuacją poprzedniego wpisu. Po półtora miesiąca rozłąki (najdłuższy czas od 13 lat relacji) postanowiliśmy spotkać się z Karoliną na neutralnym gruncie w Hamburgu. Chcieliśmy porozmawiać o naszych dalszych planach, rozwodzie, opiece na dziećmi.

To spotkanie to była jedna wielka niewiadoma. Nie wiedziałem na ile zmieniła się Karolina przez ten czas. Nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Jedynie sporadycznie, żeby dzieci mogły porozmawiać z mamą. Ja przez te półtora miesiąca stałem się kompletnie inną osobą (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i pod koniec tego okresu zacząłem koncentrować się na pozytywnym obrazie Karoliny. Wszedłem na znacznie wyższe wibracje, niż kiedykolwiek wcześniej. Miałem w sobie dużo bezwarunkowej miłości. Nawet na odległość wysyłałem Karolinie pozytywne uczucia, bo cały ten ból i cierpienie już dawno miałem za sobą i już dawno zostały przepracowane. Wybaczyłem sobie i Karolinie. Tym razem dogłębnie i prawdziwie. Co do spotkania nie miałem żadnych oczekiwań. Nawet nastawiłem się na najgorsze, bo nie chciałem, żeby cokolwiek mnie ruszyło i cokolwiek zaskoczyło.

Jechałem do Hamburga bardzo spokojny. Jedynie mogło być lepiej. Przede wszystkim chciałem Karolinie powiedzieć, że po tej pracy jaką nad sobą wykonałem utwierdziłem się w przekonaniu, że bardzo ją kocham i bez względu na to, jaką decyzję podejmie i tak będę ją kochał. Obojętnie czy będziemy razem czy nie, czy będziemy mieszkać w innych krajach czy poznamy inne osoby. Czułem z głębi serca, że to jest prawdziwa miłość i zrozumiałem, że takie uczucie jest wolnością, a nie zazdrością, zaborczością. W pierwotnym uczuciu miłości nie ma miejsca na niskie wibracje (ograniczające myśli czy emocje). Tutaj nawet nie ma dualizmu. Chciałem Karolinie przekazać, że jestem bardzo wdzięczny za całe to rozstanie (na początku oczywiście myślałem zupełnie inaczej), ponieważ to pozwoliło mi otrzeźwieć i wziąć się w końcu za siebie. Dzięki tej sytuacji stawiłem czoła swoim słabościom oraz ograniczeniom. Stałem już pod ścianą i doszło już do tak skrajnych zachowań z mojej strony, że powiedziałem do siebie, że już nigdy więcej. Podjąłem decyzję o zmianie tego, co mi nie służy. Przestałem zamiatać pod dywan to, co niewygodne. Zacząłem naprawdę, dogłębnie poznawać siebie oraz zacząłem wychodzić ze swoich ograniczających przekonań. Nie powiem, że było to łatwe, ale warte każdej wylanej łzy, bólu i cierpienia. Widocznie taka miała być moja droga.

Podczas naszego spotkania byłem autentyczny, prawdziwy, szczery, pełny miłości. Karolinę bardzo to zaskoczyło. Taka zmiana w ciągu półtora miesiąca, a do tego jeszcze totalne uwolnienie się od tego przywiązania i chęci posiadania? Na dodatek akceptowałem każdą decyzję Karoliny. Co do rozwodu nie chciałem robić niczego pod górkę. Z miłości do Karoliny chciałem, żebyśmy się porozumieli i rozwiązali tę sytuację polubownie, a jeśli chodzi o dziećmi to postanowiłem wrócić do Hiszpanii we wrześniu razem z nimi i żeby dzieci mieli blisko zarówno mamę i tatę. Nie chciałem niczego utrudniać. Chcieliśmy jak najlepiej dla naszych dzieci i nie chcieliśmy, żeby na tym zbytnio ucierpiały. To nie ich wina, że rodzice nie mogli się porozumieć. Karolina była w szoku, bo wyjeżdżając z Hiszpanii półtora miesiąca wcześniej mówiłem coś zupełnie innego, ale wtedy przemawiały przeze mnie emocje, a teraz głębokie uczucie bezwarunkowej miłości. Jak napisałem wcześniej kompletnie nie spodziewała się takiego rozwoju spraw. Sama w Hiszpanii zresztą nie miała łatwo. Przeszła też kilka bardzo ciężkich momentów i u niej też nie obyło się bez sporego cierpienia. Nie będę pisał już o szczegółach, bo jednak muszę zachować chociaż trochę prywatności. W każdym razie nasze dusze były rozdarte, kiedy próbowaliśmy żyć osobno.

Rozmawialiśmy bardzo długo. Dzieliłem się tym, czego nauczyłem się przez te półtora miesiąca i coraz bardziej rezonowało to z Karoliną. Czułem, że to do niej trafia, chociaż jej ego wciąż nie pozwalało na powrót. Im dłużej ze sobą rozmawialiśmy, tym jej ego coraz bardziej rozpływało się. Wszystko co mówiłem wypływało ze mnie samo, intuicyjnie, prosto z serca. Nie miałem żadnego ukrytego planu. To wszystko było bardzo spontaniczne. Aż sam byłem zaskoczony, że odpowiednie słowa wypływają ze mnie w adekwatnym momencie. Widocznie taki był plan mojej duszy. Dzisiaj wiem, że nie dane było nam w taki sposób zakończyć naszej relacji…

Po naszym spotkaniu, miałem wrócić do Polski, a Karolina do Hiszpanii, ale po tych naszych długich rozmowach i po czasie spędzonym wspólnie z dziećmi, w Karolinie coś pękło, a dokładnie jej ego. Ego nie wytrzymało tych pozytywnych sygnałów ode mnie, a jak dobrze wiemy wyższe wibracje zawsze mają większe szanse na powodzenie. Długo mógłbym jeszcze tutaj pisać i temat jest na książkę, ale Karolina postanowiła wrócić ze mną do Polski, a dzieci zostawiliśmy u teściowej w Hamburgu. To był czas naszej wspólnej terapii, chociaż tym razem była bardziej Karoliny kolej na uwalnianie wszystkich emocji. Sam fakt, że mieliśmy wypadek samochodowy jak jechałem sam z dziećmi był trudny do zaakceptowania, bo wiadomo wkradały się wtedy różne myśli. Trwało to również parę tygodni. Ja byłem dla niej wsparciem. Nie był to łatwy czas. Musieliśmy wszystko sobie wyjaśnić. Przyznać się do wszystkiego. Obnażyć się całkowicie przed sobą. Wylać wszystko. Stanąć przed sobą zupełnie „nadzy”, bo tylko wtedy była szansa na zbudowanie czegoś od początku. Był to pewnego rodzaju masochizm, ale sami sobie zgotowaliśmy taki los. Po tej całej pracy jaką wspólnie wykonaliśmy postanowiliśmy wyjechać wspólnie do Hiszpanii i zamieszkać razem od września, ale już na zupełnie innych zasadach niż wcześniej. To był moment przełomowy w naszym życiu. Musieliśmy spaść na samo dno, żeby się od niego odbić. Gorzej już być nie mogło. Dzisiaj po półtora roku jesteśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem i jak tylko możemy pomagamy innym, którzy przechodzą bądź przechodzili przez podobne sytuacje i którzy potrzebują wsparcia. Służymy swoim doświadczeniem. Jesteśmy też w trakcie pisania książki.

Ten wpis jest dużym uproszczeniem i skrótem co działo się przez te miesiące. Główny morał jest jednak taki, że jeśli chce się mieć wspaniałą relację trzeba najpierw stworzyć taką relację z samym sobą. Najpierw trzeba pokochać siebie, żeby umieć pokochać drugą osobę. Nie można szukać w drugiej osobie czegoś, czego nie mamy w sobie. Jeżeli tak postępujemy, to prędzej czy później taka relacja się rozwali, a jeśli nawet się nie rozwali, to będziemy wiecznie w niej niezadowoleni. Trzeba działać na zasadzie dwóch pełnych pomarańczy i wspólnie wycisnąć z nich sok, a nie na zasadzie dwóch niepełnych połówek, które ze sobą łączą się, żeby stworzyć iluzoryczną całość i na tej zasadzie wypełnić swoje braki. Napiszemy o tym bardziej szczegółowo w książce.

My jak poznaliśmy się byliśmy bardzo młodzi. Ja miałem 18 lat, a Karolina 17 lat. W tamtym czasie bardzo mało wiedzieliśmy o nas samych, a już chcieliśmy tworzyć coś wspólnie. Nie mieliśmy pojęcia o miłości. Nie wiedzieliśmy o co w tym wszystkim chodzi, ale gdyby nie te wszystkie doświadczenia to nie mielibyśmy dwójki wspaniałych dzieci i relacji, którą dzisiaj można nazwać wręcz porozumieniem dusz. Życzę każdemu z Was tak pięknej i pełnej miłości relacji. Chociaż jak sami widzicie droga do takiego małżeństwa była bardzo wyboista, ale warto było ją przejść.

Leave a Comment